sobota, 14 października 2017

Nocny tour po mieście.

Jest już pierwsza w nocy podczas pisania materiału, rano muszę wstać, ale skrewiłem jedną rzecz, która odbija się echem w mojej głowie. Wraz z wiekiem, zaczynam dostrzegać to, jak ważne są więzi międzyludzkie. Jak wraz z upływem lat, ulatuje coś z duszy, a my stajemy się gnuśni pod wpływem samotności. Nostalgia dopada w najmniej odpowiednim momencie, szczególnie, gdy recenzowany album zapętla się w odtwarzaczu.


The Midnight gościł na łamach bloga. Zebrał zawrotną ilość 49 odsłon, mi przysporzył ogrom frajdy, bo uwielbiam dobry synthwave, retrowave oraz lata 80 ubiegłego wieku. The Midnight z EP Nocturnal.



Nocturnal to krótkograj w formie, jednak treść pasuje na pełnowymiarowy album. Najnowszy krążek jest całkowicie inny od poprzedniego wydania. O ile pamiętacie, Endless Summer, było albumem bardzo żywym, tanecznym, przyjemnie szumiącym jak dobry drink, z pełnoprawnym popem w wersji synthowej. Wiele świetnych numerów, jak choćby mój ulubiony Jason z Nikki Flores, zapadły mi w pamięć na długo (nie mówiąc o odtwarzaczu). Najnowsze wydawnictwo stoi w mgle nieco mroczniejszego charakteru - synthowy sen, neonowe miasto-utopia z Cyberpunka 2020. Szybki rzut oka na featuringi, wszystko się wyjaśnia: Timecop1986. Przedstawicieli nieco mroczniejszej, ale nadal melodycznej do bólu, sceny dark - o ile mogę tak to określić - jest więcej, choćby DANCE WITH THE DEAD czy Red MaKer
Jest to podróż przez neo-Nowy Jork, cyberpunkową wersję Tokio czy innego, wielkiego miasta. W ciepłą noc w Miami, duszną od atmosfery wiecznej imprezy. Poprzez deszczową wersje cyber miasta. Rzecz jasna, nowoczesną wersją sportowego wozu, jadąc z punktu A do punktu B. Kolejny raz, dopadła Cię melancholia miasta, co? Pora na nocną przejażdżkę.

Zaczynając od Shadows, zostałem zbombardowany dawką dobrego materiału. Najciekawszym jest to, że ogólna tendencja czy też koncept albumu, został utrzymany w ryzach. Wszelkie skojarzenia pojawiające się w trakcie przesłuchu, nie są wytworem waszych omamów po alkoholu czy dragach, a zwykłymi odczuciami. Zwalam to na pewną sprawę, ale w ostatecznym rachunku, krążek swoją zawartością muzyczno-liryczną, ruszył mnie jak nic innego, od długiego czasu. Fantastyczna linia sakosofonu w Crystalline jest bardzo charakterystyczna dla The Midnight. By przypomnieć, odsyłam do Vampires z Endless Summer
Zdecydowane wcięcia, mroczniejsze beaty, wciąż pozostające niesamowicie melodyczne, jednak trochę lżejsze. Niekiedy tytułowy numer przypomina słynne Abandoned Streets od Jordana F. To, a raczej numer, który skradł moje serce i dusze to (jakie zaskoczenie!) kolejny feat z Nikki Flores. Light Years może być traktowane jako kontynuacja, sequel czy pre-quel do Jasona. Lekkość, popowe zacięcie w oprawie rasowego synthu, wraz z delikatnym wokalem Nikki, zmiotły mnie, posyłając wprost na melancholijny spacer po okolicznym parku. Ogólnie, choć jest to tylko moje spostrzeżenie, nowa EPka jest mocno nacechowana emocjami oraz uczuciami. Z materiału bije duże zaangażowanie, przeplatane z historiami o oddanym sercu, myślach płynących swobodnie ku dawnym miejscom/sytuacjom/osobom. Katharsis twórcy, próba unormowania, przekazania Światu oraz słuchaczom tego, co odczuwał.


Zapytasz mnie - czy polecam przesłuchać album? Z pełną odpowiedzialnością, ręcząc za materiał. Nastąpiła zmiana, z lekkiego Endless Summer, na cięższe i dojrzalsze Nocturnal. To nie wakacyjna produkcja, pełna ciepła, beztroski i szczęśliwych chwil. Nowy krótkograj jest bardziej spójny pod względem muzycznym, bardziej elektroniczny, z mocnymi tąpnięciami na beatach. Rzecz jasna, ląduje na półce obok poprzedniego wydania, wśród reszty elektronicznych braci.

W niedzielę, na koniec dnia oraz tygodnia, pośród ciemnych chmur i dziwnego nastroju w mojej osobie, zostawiam was z owym albumem. Ubierajcie szaliki i płaszcze!

Kazkrin

 

czwartek, 28 września 2017

Kontemplacyjna podróż kosmicznego ślimaka pośród gór.

Nie zasypiamy. Wraz z wydaniem krótkograja spod skrzydeł Mastodona, a konkretniej z ową datą, na światło dzienne wyskoczyła kolejna epka. Od kosmicznego, wrocławskiego, ślimaka. Przez kilka dni raczyłem się singlem, zapowiadającym owo wydanie, rozpływając się nad słodkim pierdolnięciem i rasowym wciskiem na uszy. Spaceslug to idealne połączenie stonera, sludge'u i elementów doom'u. Doskonale zdajecie sobie sprawę z tego, co za chwile się rozpęta.

Popołudniową porą, wpadła do mnie Mountains & Reminiscence EP od Spaceslug. Spodziewajmy się kolejnej, kosmicznej przejażdżki!

Każdy z was, o ile śledzicie moje wypociny, a także nie obca jest wam scena stonerowej chłosty, wie czego spodziewać się po Spaceslug. Nowy krążek zapowiedzieli najpierw okładką, dopiero potem singlem. Bemused and Gone, to pierwsze uderzenie, finta, maska. Przyjemnie chrupie, sludge'owym młotem wbija gwóźdź za gwoździem, nie tracąc przy tym melodyki i groove'u. Pomyślałem, w momencie pierwszego odsłuchu - i tego oczekuje, tego chciałem, jeśli krótkograj utrzyma się w takim tonie, to popłaczę się ze szczęścia. Cóż, im dalej odtwarzacz brnął w materiale, tym coraz dalszy byłem od łez. Co prawda, nie przystoi mężczyźnie płakać, powodów też nie miałem, ale jest równie miodnie. I Am the Gravity też nie jest złe, utrzymane w tonie pierwszego wydawnictwa. Niby coś warczy, coś się akcentuje, ale nie zwraca to mojej większej uwagi. Nie tak, jak Elephemeral - to jest dopiero zawodnik. Z początku atakuje space rokiem, psychodelicznym wysrywem na LSD, rozkręca się w skoczną potupajkę, całkiem dobrze bujającą, by na końcu bardzo miło mnie zaskoczyć. 

Otrzymałem to, czego oczekiwałem po materiale - stały, ale jakże wysoki, poziom muzyczny. Z płyty na płytę, Spaceslug zapuszcza się tonacyjnie i atmosferą w coraz mroczniejsze odmęty, a Mountains & Reminiscence EP jest świetnym... preludium ? Aperitifem? Nie umiem i nawet nie próbuje odgadnąć, co przyniosą kolejne krążki. Być może, odpowiedź kryje się w Opposite the Sun. Całkiem możliwe, że zejdziemy jeszcze niżej. Któregoś dnia, kosmiczny ślimak zabierze nas w odmęty największej czarnej dziury w znanym nam Wszechświecie. W tym momencie, zapętlam Bemused and Gone. Album zajmuje miejsce obok poprzednich wydawnictw, tym samym tworząc osobną półeczkę dla bandu.
Pozostawiam was, w tą jesienną noc, rzecz jasna z albumem, coby było wam raźniej. 

Kazrkin

niedziela, 24 września 2017

Zimna i ciemna EPka.

Nastała jesień - nie ubłagalnie, zwiastując nadchodzący mróz oraz śnieg (mam nadzieję!). Krąg życia musi się zatoczyć. Na dzień 22 września zapowiedziano wydanie kolejnego wydania spod skrzydeł pewnej progresywnej ekipy, która gościła i gości u mnie po raz kolejny. Jak się okazało, jest to dalekie od tego, czego mogłem oczekiwać, ale nie czuje rozczarowania. Wręcz jeszcze większy podziw. Mam też wrażenie, że zespół spędził kawałek jesieni w Polsce, czerpiąc inspiracje z aury.


Przed wami zapowiadana EPka, Cold Dark Place od Mastodon. Kubek z herbatą w dłonie, zapętlamy krążek i jazda!


Doskonale wiem, pamiętam - wielokrotnie wspominałem, oddzielałem kreską poprzednie albumy od pozostałych, jednocześnie wskazując na ciągłość w kompleksowości kreacji. Rzecz w tym, że Cold Dark Place jest na prawdę czymś zupełnie innym. Powolniejszym, bardziej skupionym, nagranym w ciszy. 
Oczywiście, jest w tym ich progresywno metalowa wkładka. Jasne, każdy z nich daje z siebie swoje umiejętności gnane innymi gatunkami. Wsłuchajcie się w jazzową perkusję, zawsze była blisko mojego serca, tak jest i dziś, przy odsłuchu.
Album zaczyna się niewinnie, wręcz przerażająco spokojnie, zważywszy na to, z kim mamy do czynienia. Jest to jednak dość intrygujące odejście od dotychczasowych wstępniaków. Rozchodzące się w przestrzeń, nieco post-rockowe, przypominające Crack the Skye z krążka o tym samym tytule. Zaraz potem atakuje Blue Walsh - najmocniejszy, najbardziej wyrazisty i upominający się o dotychczasowy charakter wydawnictw, numer. Jest także moim faworytem. Nie umiem opisać go w sposób godny, pełny, oddający to, czym jest. To sztandarowy pokaz Mastodona, trochę taki wykon dla publiki, wykaz własnej umiejętności. Jak szybko, łatwo i przyjemnie mogą zrobić coś tak groovy, tak bujającego, ale z odpowiednim wciskiem.


Sęk w tym, iż wielkie będzie wasz zdziwienie z dalszą eksploracją. Pozostałe kąski, nie przybierają na mocy. Wręcz przeciwnie, delikatnie rozpływając się w linii melodycznej. Prowadząc do mglistej konkluzji, iż być może, ale to tylko podejrzenia, masz przed sobą kolejny koncept-album. Nie umiem oprzeć się wrażeniu, że ogólny zamysł jest gdzieś ukryty. Charakterem jest o kolejny, progresywny dzieciak, niemniej, ogólna aura jaka bije od tego, przywodzi na myśl zadumę, czas końca. Gdy przyroda umiera, przechodząc w sen, noce stają się dłuższe, a po okolicy zaczynają grasować złowrogie cienie. I mógłbym i zrobię tak, iż Cold Dark Place, zagra w którąś z jesiennych, zimnych nocy, pod pełnią Księżyca. 


Krótkograja polecam bez słowa zająknięcia. Jest wyśmienity, inny, przez co nie każdemu może przypaść do gustu, niemniej - polecam zapoznać się i przysiąść przed odtwarzaczem. Odpłyńcie na chwile. Warto. 
Po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, iż genialnym ruchem było włączenie Mastodona do moich inspiracji.




Unosząc kubek gorącej kawy, pozdrawiam,
Kazkrin


czwartek, 24 sierpnia 2017

Imperator bezkresnej pustyni.

Nie zwalniam, nie odkładam progresywnego metalu na półkę. Tym bardziej, mowa o jednej z moich ulubionych kapel. Jak zapewne pamiętacie, pewien zespół z południowych stanów US, odwiedzał mój blog kilka razy, tutaj okrążył Słońce. Mawiają, iż są zbawcami metalu. Ich nieszablonowy styl, wyrażany w warsztacie muzycznym oraz śpiewie na trzy głosy, jest charakterystyczny dla tego bandu.


Dziś, w godzinach wieczornych, do sklepu wpada Mastodon z Emperor of Sand. Rozsiądźcie się wygodnie, bo takiej chłosty nie słyszałem od The Hunter.





Nie będę wam smęcił, rozwodził się nad monologiem, czy zwyczajnie pieprzył trzy po trzy czym jest Mastodon. Co sobą reprezentują, co grają i czego się można po nich spodziewać, każdy zainteresowany tematem wie. To, co uderzyło mnie i ujęło za duszę, to fakt koncept-albumu. Crack the Skye było takowym dziełem, w całości poświęcony pamięci zmarłej siostrze perkusisty, Branna Dailora. Emperor of Sand to krążek dedykowany pamięci zmarłej matki Billa Kelihera. Jak sami się przekonacie, krążek jest mocno naładowany emocjami oraz (w moim skromnym zdaniu) odniesieniami do poprzednich albumów.
Jaka jest najnowsza produkcja? Na pewno nie mogę jej sklasyfikować w jednym zdaniu. Panowie przeskakują z pomysłu na pomysł, koncepcja grania jest różna. Jest wspomniany The Hunter, Crack the Skye, są elementy ostatniego krążka - do wyboru, do koloru. Przede wszystkim, jest to album cholernie progresywny, skaczący z skrajności w skrajność. Wystarczy wziąć na warsztat singiel promujący krążek (Show Yourself) - lekki, rockowy, z zacięciem, nadający się do puszczenia w zetce czy rmf. Numery wybrzmiewają w różnych kierunkach, fundując słuchaczom niesamowitą przejażdżkę po stanach emocjonalnych i muzycznych. Jest mocarnie, metalowa chłosta spada na łby, szczególnie wszelkich sceptyków. Widzicie, ja w tym albumie wiedzę bardzo dobry materiał - melodyczny, wysoce artystyczny, nie wspominając o umiejętnościach chłopaków. Pachnie mi kawałkami wszystkim tym, co znam z poprzednich płyt - coś, czego nie mogę opisać jednym zdaniem, nawet dwoma czy trzema. Progresywny metal jest zbyt złożoną materią, by móc go chociaż w części opisać słowami. Każdy z słuchaczy znajdzie coś dla siebie, znajdzie swoje odniesienia. Jest brutalnie, niemal sludge'owo, na pewno ciężko. Metal sypie się spod ostrych narzędzi grupy. Niczym opiłki, latają we wszystkie strony i wbijają się we wszystko na swojej drodze. Jest melodycznie, zachowana jest harmonia, wspaniałe popisy w partiach solowych gniotą moje spodnie, bokserki, a w konsekwencji jaja. Serio, rozpływam się w ich charakterystycznym brzmieniu - zarówno w partiach prowadzących, gdzie łoją na całość, a przede wszystkim w solówkach, wykazując niemal kosmiczny wylew dźwięku. Ambient Space Water Float Groove dosłownie, bez cienia kłamstwa. Od momentu, gdy pierwszy raz usłyszałem Oblivion, zesrałem się tęczą z euforii. Poczułem, że jest to coś, czego chcę słuchać, coś co chciałbym wyciągnąć z siebie i swoich palców. Ten styl, nie do opisania, progresywny, złożony z wielu inspiracji oraz gatunków, tak przepięknie atakujący uszy. Mastodon jest konsekwentny - kontynuuje styl zapoczątkowany na Crack the Skye, dodając coraz to nowszy materiał, próbując nowych rzeczy. 

Finalnie i tak napiszę, że jest to solidna porcja muzyki. Znacznie różni się od ostatniego krążka, wracając do korzeni. Pełna emocji, wypływających z gorzkich przeżyć jednego z członków zespołu, jawi się jako dwie osoby. Schizofreniczna płyta, ale obcowanie z owym wydaniem nie grozi utratą zdrowia lub życia. Najwyżej, co poczytuje za dobry znak, wciągnie wam przeszło godzinę z życia. Jedna z najlepiej zainwestowanych godzin w moim życiu. Pozostaje mi tylko oddać w wasze niecne, spragnione muzyki, łapki, calutki krążek.



Miłego wieczoru z albumem, nie zatraćcie się zbytnio, bowiem Imperator Piasku czeka na wasze dusze.
Kazkrin

czwartek, 17 sierpnia 2017

Progresywne morze nazw.

Długo nosiłem się z napisanie recenzji tego albumu. Zbierałem się, próbując przełamać moje mieszane uczucia co do muzyki Tool-o-podobnej. Nie mogę i nie umiem negować wpływu tego bandu, faktu, iż są inspiracją dla wielu innych. Doskonale pamiętam czas, gdy byłem młodszy, a wszystko, dzięki pewnej iluzji, wydawało się łatwiejsze i piękniejsze - czas, gdy wybrzmiała prośba o recenzję albumu, ze względu na tamtejsze zażyłości. Wracając z pracy, pomyślałem właśnie o tym albumie. Pomyślałem o Maynardzie Keenanie.


Tool jest oblatany, Puscifer to kolejny projekt, dzisiaj bohaterem będzie Mer De Noms od A Perfect Circle





Początkowe trudności w sposobie opisania krążka, przekułem w szybką analizę możliwych rozwiązań. Dlaczego miałbym ograniczać się do szablonu dotychczasowych recenzji? Dlaczego nie miałbym opisać go w całości, w zgodzie z moimi odczuciami i przemyśleniami? Przecież to dzieło z pogranicza progresywnego rocka, wysoce niesztampowe. 

Mer De Noms, jak wskazuje nazwa, może być tłumaczone na morze nazw bądź morze imion. Zadajcie sobie pytanie, jak wiele imion przewinęło się przez wasze życie? Całe morze, ocean czy była to tylko rzeka? Ile z nich, utkwiło w waszej pamięci, ile wywołuje wspomnienia i obrazy? W miarę zagłębiania się, coraz to dłuższego odsłuchiwania albumu, odkrywałem metodę, być może szaleńczą, na zapis utworów. Jedno słowo, które opisuje wrażenia towarzyszące mi przy przesłuchiwaniu albumu, a będące motywem przewodnim krążka - sentyment. Nostalgiczne uczucie, wiodące nas w najdalsze zakamarki pamięci, wywołuje uśmiech, czasami zacisk szczęki. Każde imię, to różne wspomnienia - zestaw obrazów, słów, przeżyć - którym z niewyjaśnionych przyczyn, często towarzyszą dźwięki. Melodia kojarząca się z imieniem.
Może to być tajemnicza i kusząca linia, zachęcająca do dalszego nurkowania w morzu słodko-gorzkich doznań (Magdalena), pokrętne, nieco rozmyte obrazy z przeszłości, blaknące z każdym rokiem (Rose), jedne z najmocniejszych wspomnień naszego życia, pełne energii, żywiołu, wysoce energetyczne przeżycie, na podobieństwo torando z ognia (Judith). Czy nie macie wrażenia, że płynąc poprzez kolejne numery, płyniemy przez własne życie? 


Możliwe, że tylko ja, ulegając malutkiej cząstce mojego sentymentu, rozpływam się w alegoriach i znaczeniach albumu. Doszukuje się wzorca, zachwycając się warstwą muzyczną i wokalną. O niej można i należy powiedzieć jedno - z powodzeniem można przypisać cały album Toolowi, a nie stanie się większa krzywda. Równie dobrze, kilka krążków z dorobku legendy progresywnego rocka, można przygarnąć do dyskografii A Perfect Circle, a nie zmieni to odbioru bandu. Jak bywa to w owym gatunku, takie zabiegi zostaną skomentowane na zasadzie przeciwieństw, bieli i czerni "O, łagodniejszy i bardziej melodyczny album Toola, bardzo dobrze"/"A Perfect Cricle dowaliło do pieca w najnowszym krążku, ogrom surowej energii". Wracając do sentymentu: proces ten przypomina sinusoidę, zmienną dyktowaną emocjami. Raz nachodzą nas te, z rodzaju wysokoenergetycznych, by po chwili zlecieć w dół do niskiego poboru. Zatrzymać się, zamyślić przez chwilę (Orestes). Tylko po to, by usiąść i złapać chwilę oddechu (3 Libras).


Mer De Noms to intrygująca, miejscami dziwna poprzez fakt wywoływania pewnych emocji, finalnie jednak wspaniała i godna polecenia podróż w głąb siebie. Poprzez muzykę, poprzez warstwę tekstową. Bez prowadzenia za rękę czy widocznego schematu - muzyczny album z zdjęciami. Zastanawiające, ile imion płynie w owym morzu, które pokonujemy każdego dnia. Ile z nich, wywołuje jakąkolwiek reakcje - zastanów się, wyłów je w myślach i spójrz na te okazy, jak na wyłowiony skarb. 
Po czasie jaki upłynął od pamiętnej prośby, rozumiem wreszcie, dlaczego owa osoba życzyła abym  przesłuchał album, zaznaczając, iż jest pewna mojego przyszłego zachwytu nad krążkiem. Czy poleciłbym zagłębienie się w krążek z 2000 roku? Jak najbardziej, z pełną odpowiedzialnością oraz szczerym poleceniem. Mer De Noms od A Perfect Circle zajmuje wygodne miejsce obok podobnych sobie, wysoce artystycznych i progresywnych wydań, zachęcając do odwiedzi w moim sklepie.



Miłego, muzycznego, popołudnia,
Kazkrin